Litwa już w trzy tygodnie po wybuchu w Kongresówce, w okolicach Wilna pod Ludwikiem Narbuttem, rozpoczęła powstanie; a w ziemiach ruskich, to jest w Kijowszczyźnie i na Wołyniu dopiero dnia 8 maja (1863)–pisał w sprawozdaniu Marian Dubiecki. Współpracownik Traugutta, sekretarz dla spraw Rusi przy Rządzie Narodowym. W wyroku śmierci wydanym na Traugutta zamieniono Dubieckiemu wyrok śmierci na 10 lat twierdz syberyjskich.
Po kilkunastodniowych marszach i potyczkach na Wołyniu, Edmund Różycki dnia 20 maja 1863 r. odniósłszy małe zwycięstwo pod Salichą, przeszedł granicę galicyjską w Szczęsnówce. Było to zakończeniem powstania na Wołyniu i Ukrainie. Podole zachowywało się odpornie. (F.Gawroński)
Profesor Wacław Sobieski pisał: „Myśl, że „główna" pomoc dla powstania przyjdzie od chłopa z Kijowszczyzny, była utopią. Michał Archanioł, patron Kijowszczyzny przyjęty na sztandar do Orła i Pogoni, nie pomógł nam nic”. (Dzieje Polski)
„Wprawdzie szlacheckie powstanie na Ukrainie i kresach zostało zdławione przez miejscową ludność prawosławną, jednak katolicka Litwa i katolicka Białoruś - nie dały się przeciwko polskości poruszyć. Co więcej, chłop żmudzki z kosą w ręku walczył w szeregach Dołęgi, ks. Mackiewicza, lub tworzył własnych wodzów” – pisał J. Grabiec (Powstanie Styczniowe 1863-1864).
Świadectwo sekretarza dla spraw Rusi przy Rządzie Narodowym i współpracownika Romualda Traugutta w Powstaniu Styczniowym, wspomnienia innych uczestników, historyków, o braku wsparcia przez ludności rusińską (nazywanych obecnie niezgodnie z faktami Ukraińcami) Powstania Styczniowego, nie jest dla niektórych komentatorów źródłem wiedzy.
Posługiwanie się tą wiedzą, jest według nich, próbą zakłócenia „wspólnego świętowania czy dumy ze wspólnej przeszłości Polaków i Ukraińców” , oczywiście przez kremlowską propagandę. Po pierwsze to nie było tam wtedy Ukraińców, po drugie nie było tam dumy. Doszło nowe, Marian Dubiecki to agent kremlowski.
Marian Dubiecki, sekretarz dla spraw Rusi ( a nie Ukrainy!!) przy Rządzie Narodowym, pisał o tej „ wspólnej przeszłości Polaków i Ukraińców” :
8 maja 1863 roku trzy grupy powstańcze, polskie, złożone prawie wyłącznie z młodzieży akademickiej, wyszły z Kijowa. Wśród nich szczupły zastęp młodzieży, który wyruszał w celu głoszenia ludowi rusińskiemu tak zwanych „złotych hramot” (pisanych w języku rusińskim, kirylicą, to jest alfabetem używanym w księgach liturgii wschodniej) zapewniających mu wolność, własność gruntów, będących w jego posiadaniu, i swobody polityczne, do których, w rzeczywistości on nie wzdychał, bo ich nie rozumiał, a wreszcie wzywał do walki ze wspólnym wrogiem - z Moskalami. Wierzono, że ich słowo, ich poświęcenie wywołają współudział tego ludu w walce ze wspólnym wrogiem. Złudzenie to wielkie, podobnie jak wiara w pomoc liberalistów rosyjskich, co przez wielu były podzielane. Nie chodziło tu oczywiście o budowę jakiegoś fantastycznego państwa rusińskiego, do którego, podobnie wówczas, jak i dziś, nie ma najmniejszego materjału, ale o wywalczenie niepodległości Polski, w której lud rusiński miałby zapewnione swe prawa kulturalne, jako cząstka dawnej Rzeczypospolitej, na podstawie naszych prastarych praw - jako wolni z wolnymi i równi z równymi. Uroczyste zakończenie „złotej hramoty”, w którym Rząd Tymczasowy Narodowy zaprzysięgał wierne dochowanie przyrzeczeń i złożył pieczęć, która pod jedną koroną wyobrażała „Orła, Pogoń i Archanioła" brzmiało:
„Co wszystko, wyżej opisane, ogłaszając wiejskiemu ludowi Podola, Wołynia i Ukrainy, zachowanie i -obronę praw, tą hramotą nadanych, zaprzysięgamy wobec narodu, całego świata i Boga Wszechmogącego, Bożej opiece poruczając dolę ludu, któremu wiecznego życzymy dobra, dajemy tę oto hramotę „
(…)8 maja 1863 i w tej okolicy przez którą przechodzili nasi Straceńcy, i w innych na Rusi, wojsko zachowywało się biernie, wysuwając na czoło wypadków tłumy chłopów, stosownie już usposobionych dzięki propagandzie miejscowej policji i popów. Chłopskie te rzesze, uzbrojone przez rząd w kosy, drągi, siekiery, tworzyły warty na gościńcach, u wejścia do wiosek, rozkopywały drogi, zrywały mosty; słowem, uniemożliwiały wszelką komunikację.
Poranek – niedziela 10 maja - spotkał tę znużoną garstkę zwiastunów wolności we wsi Sołowiówce. Wieś roiła się od tłumów wieśniaków, zmobilizowanych przez policję w celu zatrzymania lub łapania powstańców i w ogóle wszystkich, którzy by się, im podejrzanymi wydali… Straceńców rozbrojono … tłum chłopstwa rzucił się na nich z siekierami, drągami, mordując tę bohaterską młodzież tratując i pastwiąc się nad nią. Umierali bez oporu, bez obrony, podobnie, jak pierwsi męczennicy chrześcijańscy… straszliwie zmaltretowanych i pokaleczonych jeńców z rozbitych oddziałów przyprowadziły bandy chłopskie do turm.
Mogiła usypana pod Sołowiówką długo jeszcze mówić będzie, iż w każdej chwili dziejowej broniliśmy niepodległości tych ziem naddnieprzańskich, iż skraplaliśmy owe stepy nie tylko potem pracy rolniczej, wysiłkiem wielowiekowym naszej kultury, lecz i krwią najprzedniejszych naszych synów. Stwierdzaliśmy w sposób niezaprzeczony, że nie byliśmy tam i nie jesteśmy przybyszami, ale dziećmi tej ziemi, którą trudem naszym podnosiliśmy z nizin barbarzyństwa, broniliśmy od obcej przemocy nie tylko za dni niepodległości, a niemniej w epoce przeszło stuletniej naszej niewoli; nie szczędziliśmy krwi i mienia, aby te ziemie „u krajów", to jest u kończyn państwa polskiego leżące (dlatego nazywane Ukrainą), zachować od utonięcia w morzu rosyjskim.
Podzielono się ziemiami naszej Rzeczypospolitej, lecz zabić i rozszarpać duszy polskiej nie zdołano. ( Marian Dubiecki, Echa Powstania, 1922 Warszawa)