Ukraińska kontrola lotów nagle nakazuje malezyjskiemu boeingowi zmienić kurs. Wprost nad rosyjską wyrzutnię. Samolot zostaje zestrzelony. Ginie prawie 300 osób, w tym 80 dzieci. Życie tracą całe rodziny. Wina Ukraińców, czy kremlowska propaganda?
Emocje związane z katastrofą lotu MH17 nie opadły i nie opadną jeszcze bardzo długo. Kolejne transporty prostych, drewnianych trumien, a w ich tle huk ciężkich walk w Donbasie, skutecznie nie dają zapomnieć o tym przykrym z politycznego punktu widzenia incydencie.
Dalej zresztą niewiele o okolicznościach katastrofy wiemy. No, może poza tym, że nigdy nie zostanie wyjaśniona...
Owszem wykonane zostaną sekcje zwłok. To pewne. I będą to sekcje wykonane rękami najznamienitszych światowych fachowców w dziedzinie krojenia tkanek, na stołach sekcyjnych będących mercedesami w swojej dziedzinie. W międzyczasie Anglicy odszyfrują zapis czarnych skrzynek, lingwiści spiszą i przetłumaczą monotonne rozmowy azjatyckich pilotów. Zapewne o sprawach prywatnych. Jeśli zostaną upublicznione, z pewnością dowiemy się jakie mieli poglądy na temat szeregu kompletnie nieistotnych zjawisk, odczuć i teorii... Z raportu ekspertów dowiemy się jak, sekunda po sekundzie, spadał samolot. Z dokładnością do milimetra poznamy miejsca rażenia kadłuba odłamkami rakiety. Poznamy parametry pracy silników. I dalej nie dowiemy się czy zestrzelenie było zaplanowane, czy może było dziełem przypadku. O to Rosjanie się postarają. Możemy być pewni. Są w tym dobrzy. Pozostaje więc myśleć we własnym zakresie.
Niektórzy już myślą. W przestrzeni pojawiła się nawet piękna mapka obrazująca trasy poprzednich przelotów MH17 nad Ukrainą.
Wedle tych danych, pasażerski boeing z prawie 300 osobami na pokładzie leciał w dniu katastrofy inną trasą, niż zwykle - inną, niż w przypadku 10 poprzednich przelotów. Była ona zmieniona o około 100 km na północ w stosunku do pierwotnego szlaku i przebiegała niemal dokładnie nad wyrzutnią, której stał się ofiarą. Przy poprzedniej trasie nie doszłoby do trafienia, gdyż samolot przeleciałby daleko poza zasięgiem rosyjskiej wyrzutni. Pobieżna analiza pozwala wstępnie przyjąć, że dane te są zgodne z prawdą. Część lotów MH17 odbywała się rzeczywiście po tych trasach, choć nie mamy pełni danych, obierały je również inne loty międzynarodowe. Generalnie samoloty można śledzić na bieżąco w internecie, dzięki transponderom, których sygnał jest swobodnie odbierany przez radioamatorów i wyspecjalizowane serwisy internetowe.
To jeszcze nie wszystko. Według pilotów Air India lecących 90 sekund za samolotem malezyjskim (według oświadczeń strony indyjskiej w bezpiecznej odległości od wyrzutni), nakaz zmiany trasy wydała ukraińska kontrola lotów:
Jako Polacy jesteśmy wprawdzie skłonni posądzić Ukraińców o dowolną zbrodnię. Być może jednak kontrola lotów była tak samo "ukraińska", jak policja w Doniecku, "ukraińskie" służby specjalne, "ukraińskie" wojsko i flota, jak "obrońcy" Krymu i śp. spaleni w budynku związków zawodowych mieszkańcy Odessy.
Skoro na Litwie do dziś większość kontrolerów lotów to etniczni Rosjanie, można przypuszczać, że podobnie jest na Ukrainie. I to mogło zaważyć w tym przypadku.
Na Ukrainie są bowiem dwa centra kontroli lotów - w Kijowie i w Charkowie. Rozkaz zmiany trasy wydał przypadkowo akurat kontroler w rosyjskojęzycznym Charkowie - nakazał porzucić trasę zaplanowaną, a utrzymywać bieżący kurs geograficzny. Moment był odpowiedni. Samolot skierowano idealnie nad wyrzutnię.
Nowe światło na zdarzenie rzuca również poniższa rozmowa.
Operator wyrzutni obwieszcza dowódcy wojsk DRL, płk. Igorowi Bezlerowi vel Striełkowowi ps. "Bies", że nadlatuje samolot. Ale nie potrafi podać, jaki samolot. W jego wypowiedzi pojawia się sugestia "do was", znaczy w kierunku Bezlera. Ten nie wydaje rozkazu, nakazuje spytać "górę". Obydwaj są przekonani, że mają na celowniku maszynę wojskową.
"Góra", czyli zapewne Moskwa, rozkaz wydała, skoro dwie minuty później malezyjskiego boeinga trafia rakieta.
Rozkaz ów wydano, pomimo że pasażerski samolot znajdował się kilkadziesiąt kilometrów od granicy Rosji, gdzie każdy ośrodek decyzyjny odbierał już:
- sygnał transpondera z precyzyjną identyfikacją lotu jako cywilnego i szeregiem innych danych wysyłanych z samolotu na ziemię
- sygnał radarowy maszyny z automatyczną identyfikacją typu (urządzenia radarowe na zachodniej granicy Rosji są relatywnie nowoczesne i mają tę funkcję)
- całość korespondencji radiowej załoga-wieża, całkowicie jednoznacznie pochodzącej od rejsu cywilngo
- inne sygnały emitowane przez samolot równie jednoznacznie potwierdzające, że jest to cywilny, duży boeing.
Nie było mowy o pomyłce.
W świetle rozmowy seperatystów można być pewnym, że operatorzy wyrzutni - to po pierwsze przyjęli założenie, że mają do czynienia z samolotem wojskowym (rozpoznawczym An lub "dużym" Ił-76M), po drugie działali ściśle według rozkazów Moskwy, a po trzecie nie mieli możliwości identyfikacji samolotu (co najwyżej wizualnie, co uniemożliwiły chmury). Boeinga 777 łatwo było pomylić na prostym radarze opearatora wyrzutni z Ił-76M, ponieważ mają podobną prędkość przelotową i podobny pułap lotu, zaś powierzchnia skrzydeł boeinga jest jedynie 1/3 większa od powierzchni skrzydeł wielkiego, radzieckiego transportowca. Jest to nie do rozróżnienia na ekranie radaru.
Wobec powyższych faktów należy uważać, że była to skoordynowana i zaplanowana akcja wywiadu rosyjskiego, bo:
- Samolot został celowo skierowany nad wyrzutnię, skoro zmieniona była jego trasa akurat na taki kurs.
- Strona rosyjska wiedziała, że wydaje rozkaz zestrzelenia samolotu pasażerskiego, ponieważ - w przeciwieństwie do operatora wyrzutni -dysponowała zobrazowaniem satelitarnym sponad chmur, nasłuchem łączności radiowej prowadzonej przez samolot oraz miała możliwość odbioru jego sygnałów identyfikacyjnych z transpondera pokładowego.
- Operator wyrzutni był żołnierzem FR, ponieważ dysponował wysokiej klasy łącznością z "górą" - skoro tej łączności nie udało się nagrać - oraz jedynie prostymi środkami łączności z Bezlerem - ich kontakt nagrano.
- Wyraźnie widać typowo rosyjską chęć zachowania tajności. Nakaz posługiwania się kryptonimami przy jednoczesnym całkowitym lekceważeniu innych zasad bezpiecznej łączności oraz niewiedza personelu na temat zadań jakie wykonuje to typowe cechy wszystkich akcji wywiadu wojskowego FR. Dla Rosjan charakterystyczne są również bardzo częste komunikaty radiotelefoniczne, wszechobecne wszędzie tam gdzie rosyjskie oddziały, dziś zwykle obficie wyposażone w radiotelefony i mające nieraz tyle anten, co luf karabinów. U Rosjan wykonawcy niemal nigdy nie wiedzą jaki cel ma cała akcja, rzadko wiedzą do kogo strzelają, po co mają gdzieś stać, czy zmieniać pozycję, często są zmuszeni każde posunięcie konsultować radiowo lub telefonicznie z dowódcą. Te zasady szczególnie dobrze były widoczne w Smoleńsku, gdzie personel wieży kontroli niewiele wiedział o całej akcji, a jedynie ślepo wykonywał rozkazy. Tu: skoro operator wyrzutni nie wiedział do czego strzela, zaś rozkaz zestrzelenia wydała "góra" - a nie Bezler - można z powodzeniem przyjąć założenie, że operację zaplanował wywiad wojskowy FR wraz z wyznaczeniem celu. Cel był więc dobrany intencjonalnie - ten konkretny samolot.
Terroryści po zestrzeleniu pozostawali w przekonaniu, że strącili samolot wojskowy. Bezler zamieścił post na Tweeterze chwaląc się sukcesem. Po kolejnej, upublicznionej zresztą przezo kontrwywiad Ukrainy, rozmowie telefonicznej, wpis usunął. Dowiedział się w niej, że był to samolot cywilny, a jednym z pasażerów student z dalekiej Azji...
Pytanie więc po co to wszystko i dlaczego ten samolot? Czy był to pokaz siły?
Wiele na to wskazuje. Wojna w Donbasie dzięki coraz większej niechęci ludności cywilnej postawionej wobec powszechnego braku chleba, prądu, wody, alkoholu i lekarstw, zaczęła wyraźnie przebiegać nie po myśli Kremla. W takiej sytuacji można było już tylko zagrać va banque - wkroczyć militarnie, albo postąpić tak jak postąpiono. Zyskano czas na przegrupowanie wojsk i chwilowe zawieszenie broni. Był to jednak przede wszystkim bezprecedensowy pokaz siły. Na przyszłe konflikty. Ten jest już rozstrzygnięty - niepełnym zwycięstwem strony ukraińskiej.
Wielu pożytecznych idiotów wobec wyraźnego nakazu kursu na wyrzutnię ze strony "ukraińskiej" kontroli lotów, wskaże za winowajcę Kijów. Jednak z powodzeniem można założyć, że strona ukraińska nie doprowadziłaby do takiej sytuacji, ponieważ wątpliwe byłoby zestrzelenie samolotu przez Rosjan. Należało zakładać, że terroryści postąpiliby tak jak postąpili, czyli zapytali Bezlera, a potem "górę" od której otrzymaliby odmowę wraz z informacją, że jest to cywilny boeing.
Jedynym logicznym rozwiązaniem dla strony ukraińskiej po poznaniu pozycji takiej wyrzutni byłoby jej natychmiastowe zniszczenie. Naprowadza ona pociski komendami radiowymi, więc trafiają one w cel niezależnie od wystrzeliwanych z samolotu flar i innych obiektów mających zmylić rakietę - jest zatem bardzo niebezpieczna - a wysokość lotu, nawet bardzo duża, nie uchroni przed trafieniem (maksymalny pułap trafienia to aż 25km). Wobec tego należało ją natychmiast zlikwidować.
Uwzględniając mały zasięg wyrzutni - 30 km - oraz małą szansę trafienia samolotu myśliwskiego - 60% dla samolotu wysokomanewrowego - strona ukraińska wysłałaby na miejsce parę samolotów myśliwsko-szturmowych z rozkazem zlikwidowania tej wyrzutni pociskiem przeciwradarowym, bo takie posiada w swoim arsenale. Jeśli operator wyłączyłby radar, nie mógłby naprowadzić własnej rakiety i byłby bardzo łatwym celem.
To pozwala z powodzeniem uznać koncepcję o skoordynowanej akcji FR za pewnik.
Spójnym (i dotychczas jedynym osadzonym w perspektywie długoterminowej) wyjaśnieniem dla tego typu - z pozoru niemal bezcelowych - działań wywiadu wojskowego FR jest następująca koncepcja Waldemara Targalskiego, brawurowa, ale bardzo logiczna:Perspektywa nakreślona przez Targalskiego jest przerażająca. Oby więc Obama doczekał się następcy będącego jego całkowitym zaprzeczeniem. W tym nasza nadzieja. I w jak najszybszym końcu rządów Donalda Tuska.