Wirujący Monteskiusz czyli trójpodział władzy made in Poland

Przez Kallimach , 06/06/2014 [15:14]
Umierający Albert Einstein zwraca się do swojej żony - „Moja Droga, jeśli nie dochowasz wierności mej pamięci i zażyjesz rozkoszy z jakimś innym mężczyzną to wiedz, że się chyba w grobie przewrócę”.
Umierający Albert Einstein zwraca się do swojej żony - „Moja Droga, jeśli nie dochowasz wierności mej pamięci i zażyjesz rozkoszy z jakimś innym mężczyzną to wiedz, że się chyba w grobie przewrócę”. Gdy po latach wdowa po fizyku umiera i trafia do nieba przed oblicze Św. Piotra pyta - „Czy jest tu mój mąż, Albert Einstein?”.”Aaa, Einstein? No tak.” - odpowiada Św. Piotr - „Nosi tutaj ksywkę Wirujący Albert”. Dowcip ten przypomniał mi się przy okazji tworzenia poniższego wpisu. Uświadomiłem sobie, że wirownie Einsteina to betka w porównaniu z ruchem obrotowym, jakiego doświadczają nieszczęsne szczątki Monteskiusza. Niewątpliwie państwo polskie dołożyło im parę ładnych Hz (herców – dla „niefizykalnych” - obrotów na sekundę) zarówno swoją konstytucją jak i praktyką. Nie ma chyba na świecie demokracji, która u swoich podstaw nie zakładałaby postulowanego przez tego francuskiego filozofa trójpodziału władzy – podziału władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Monteskiusz w swoim dziele "O duchu praw" pisze: „Kiedy w jednej i tej samej osobie lub w jednym i tym samym ciele władza prawodawcza zespolona jest z wykonawczą, nie ma wolności, ponieważ można się lękać, aby ten sam monarcha albo ten sam senat nie stanowił tyrańskich praw, które będzie tyrańsko wykonywał. Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela” Powoływanie się rodzimych demokratów na Monteskiusza jest co najmniej mało eleganckie biorąc pod uwagę, że już Konstytucja RP lekceważy założenia barona de Montesquieu. Z art. 103 dowiadujemy się, że nie można łączyć mandatu posła z zatrudnieniem w administracji rządowej lecz „zakaz ten nie dotyczy członków Rady Ministrów i sekretarzy stanu w administracji rządowej”. To, że członkowie rządu są jednocześnie posłami jest tak naturalne i oczywiste, że ze świecą szukać we wszystkich rządach od 1989r ministra bez mandatu poselskiego. Oczywiście, taki „schizofreniczny” poseł ma wszelkie prawa posła a więc i prawo do głosowania nad np. wotum nieufności dla siebie lub swojego rządu. W sumie, dlaczegoż by nie? Przecież jak wskazuje praktyka (choćby „komisja krzesłowa” do spraw zbadania tzw. afery hazardowej) bycie sędzią we własnej sprawie daje niezłe efekty, furda tam jakieś „prawa rzymskie”. Z kolei art. 118 daje inicjatywę ustawodawczą zarówno rządowi jak i prezydentowi. Wydawałoby się człowiekowi naiwnemu, że rząd podejmuje się administrowaniem państwa w ramach obowiązujących przepisów. Da radę - ok , nie - Paniom i Panom już dziękujemy. Tymczasem praktyka jest taka: rząd bierze władzę i zamiast dostosować swą aktywność do obowiązującego prawa, zaczyna to prawo zmieniać do własnych potrzeb. W Biurze Legislacyjnym Rządu praca aż furczy, „swój” marszałek Sejmu przyspieszy głosowanie, „swoi” posłowie wraz z posłami „schizofrenikami” ustawę przyklepią a jak braknie głosów to się je kupi choćby stanowiskiem pełnomocnika rządu ds. wykluczonych i jest git. Co, że Trybunał Konstytucyjny? Wolne żarty. Trybunał (ma się rozumieć niezależny i niezawisły jak cholera) zapyta rząd (jak to było w związku z podwyższeniem wieku emerytalnego do lat 67) jakie skutki dla budżetu spowoduje odrzucenie zakwestionowanej ustawy i tu Minister Finansów puści takie wodze fantazji, że przerażeni sędziowie TK na wyprzódki będą głosować za ustawą. To tak jakby sędzia zwrócił się do oskarżonego o rabunek: „Panie Złodzieju, niech pan przedstawi ekspertyzę jaki skutek wywarłoby nieobrabowanie tego banku na budżet domowy pańskiej rodziny” po czym uniewinnił go wobec ogromu nieszczęść jakich doświadczyłby podsądny bez kradzieży. Współpracę władzy wykonawczo - ustawodawczej (tzn, rządu) i sądowniczej TK zaprezentował również przy okazji złożonej skargi na obowiązek zapinania pasów bezpieczeństwa. Uzasadnienie oto sprowadzało się do tego, że Państwo ma prawo dbając o zdrowie każdego obywatela nakazywać mu określone działania, bo, co oczywiste, głupie bydlę samo nie wie co dla niego dobre. Istnieje niebezpieczeństwo, że min. Arłukowicz w trosce o nasze zdrowie nakaże (ustawowo, ma się rozumieć) noszenie zimą dzierganych czapek. Jak wiadomo, nie ma takiej durnoty, której nie przepchałby rząd przez niezależny sejm a niezależny sąd to przyklepał. No nic, póki co idę profilaktycznie dziergać. Tylko mi monteskiuszowskiego truchła żal.