Kilkanaście dni temu opublikowałem na tych łamach felieton „Czas grubych bab”. Ogólnie przyjęty był dobrze, nawet radośnie czasem, choć zdarzył się wypadek, że ktoś (do kogo treści zawarte w felietonie nie odnosiły się w najmniejszym nawet stopniu!!!) poczuł się dotknięty.
Kilkanaście dni temu opublikowałem na tych łamach felieton „Czas grubych bab”. Ogólnie przyjęty był dobrze, nawet radośnie czasem, choć zdarzył się wypadek, że ktoś (do kogo treści zawarte w felietonie nie odnosiły się w najmniejszym nawet stopniu!!!) poczuł się dotknięty.
Zaraz po publikacji tego felietonu pomyślałem sobie, że przecież jest i druga strona tego medalu – czyli mężczyźni, faceci. Grzeszą różnymi rzeczami może nawet bardziej. Więc żeby nie być uznanym za male chauvinistic swine („męska szowinistyczna świnia”), co to się kobiet czepia i w ogóle wszystko widzi w materii męsko-damskiej jednostronnie, rzucę „na papier” kilka myśli o płci brzydkiej (ostatnio nawet bardzo brzydkiej!).
Pomysł, że mężczyzna może o siebie dbać, dawno wyparował, jak się zdaje, z większości męskich głów między Bugiem a Odrą/Nysą. Można by nawet, dokonując codziennych obserwacji, dojść do wniosku, że dbałość o wygląd to niemęskie, jakieś lalusiowate, może nawet pedałkowate, że prawdziwy facet powinien wyglądać jak facet, a nie żurnalowa lala.
Ale co to znaczy: wyglądać jak facet? U Rosjan funkcjonowało kiedyś porzekadło, że prawdziwy mężczyzna to ktoś, kto jest „obmyt, obrit, niemnożko podpit” (dla tych, co pięknego języka Puszkina nie znają – „umyty, ogolony, ciutkę nawalony”). Z owej „triady” polski facet bierze zdecydowania tylko człon ostatni: od rana do wieczora widzi się na naszych ulicach i gdzie tam jeszcze (pociągi, komunikacja miejska, parki, skwery itp.) faciów już „nawalonych”, a do tego w trakcie dalszego „nawalania się”. Puszkowe piwsko, najlepiej mocne, albo wystająca z kieszeni flaszka, z której pociąga się ostentacyjne, nie zwracając wagi na otoczenie – oto znak markowy dzisiejszego polskiego „prawdziwego mężczyzny”. Puszka lub flaszka lądują później gdziekolwiek, stając się cennym łupem dla mężczyzn trochę mniej „prawdziwych” – grzebiących w śmieciach biedaków i różnych rzęchów. Perony podmiejskich stacji, skwery, zwykłe zakątki, przejścia podziemne, wreszcie normalne ulice i uliczki – Polska jak długa i szeroka zaśmiecona jest dowodami „dobrej zabawy” prawdziwych mężczyzn.
Jak rozpoznać takiego po innych oznakach? Tu przede wszystkim rzuca się w oczy tytułowy PMP, czyli Polski Mięsień Piwny, czyli, mówiąc po ludzku – wywalony bebech, kałdun, pod którym ozdobnie raczej napina się pasek od jakichś dresów czy „dżinsów” made in China. PMP, czyli ów kałdun, od góry stara się – często bez powodzenia – przykryć jakiś T-shirt, równie świeży, co oddech jago właściciela. Do tego może być bluza, obowiązkowo z kapturem, produkcji jak wyżej. Jednak bluza ma wadę – długie rękawy. Więc lepsza jest już kamizelka – bezrękawnik, bo on nie zasłania heroicznych oznak męskości, czyli tatuaży. Na ten temat można by się spokojnie habilitować, a może i lepszą karierę zrobić, ale nie na to czas. Wspomnimy tylko, że w tzw. dawnych czasach tatuażami ozdabiali się głównie wozacy, węglarze i kryminaliści. Potem za Wielką Wodą wyróżniać się tym zaczęli tzw. Afroamerykanie (po polski Murzyni). I od nich już poszło. Bo normalnie jest tak, że to prostaki brać powinni przykład od ludzi jakiej takiej kultury. W Ameryce stało się odwrotnie, a jak coś przyjęło się w Ameryce, to czyż może nie przyjąć się rychło nad Wisłą? Wykluczone, więc nadwiślański facio z klubu PMP też się musi „podziargać”.
Najśmieszniej jest jednak poniżej pasa. Do pewnego momentu w szortach, pół-szortach czy jakichś „rybaczkach” chodziło się wyłącznie na letnisku, na wczasach, ostatecznie na działce. Dziś w takim stroju idzie się wszędzie, nawet i do kościoła. Nadwiślański facio z klubu PMP jak tylko robi się cieplej, natychmiast postanawia pokokietować nóżkami… co tam nóżkami – łydami, bułami, im większymi, tym lepiej. Idzie więc takie monstrum, wszystkie wyżej wymienione rekwizyty ma „zabezpieczone”, a poniżej pasa ma buły, koszmarne łydy, coraz częściej zresztą także „podziargane” w różne heroiczne symbole. Na dole, na samym dole, mogą być klapki, „adidasy” z bazaru za 40 zł para lub tenisówki, a jeszcze lepiej trampki – „obuw” ostatnio też coraz bardziej obowiązkowy.
Klub PMP rośnie w siłę z dnia na dzień, wraz zresztą z nasilaniem się kampanii reklamowych różnych browarów, które swój wizerunek wzbogacają najczęściej sielskimi obrazkami życia rodzinnego „przy browarku”, życia towarzyskiego przy takim że, a nawet usiłują wykreować swoisty heroiczny obraz piwosza, który nie zawiedzie cię w potrzebie, poda rękę, gdy wisisz nad przepaścią, przytrzyma linę, gdy się wspinasz itp. duperele. A i tak idzie – jak zawsze w reklamie – o nieustanne multiplikowanie zysku bez patrzenia na to, że rozpija się społeczeństwo, że po piwo sięgają coraz młodsi etc. etc. Szefostwa naszych mediów, zwłaszcza „publicznych” w ogóle się tym nie interesują, ciesząc się, że „kasa puchnie”.
A Polska zaludnia się osobnikami z klubu PMP.
No to co?! Hodowanie tego polskiego mięśnia piwnego jest wszak takie przyjemne!
- Zaloguj się aby dodawać komentarze
- 306 widoków