Przed 21 latami założyłem w Czerniowcach na Bukowinie czasopismo polskie pod nazwą „Gazeta Polska”. Pismo to wychodzi nieprzerwanie pod moim naczelnym kierownictwem do tej chwili - pisał Klemens Kołakowski w Odrodzonej Dzielnicy w 1903 roku. (…) Z chwilą odłączenia Bukowiny od Galicyi, polskość upadła tam dziwnie rychło. Taki był stan rzeczy, kiedy w r. 1882. pojawił się pierwszy numer „Gazety Polskiej", jednych rodaków dziwiąc, drugich gniewając, jako - „ p r o w o k a c y a” NIEMCÓW , Rumunów i RUSINÓW ".
Dopiero po parumiesięcznemu , regularnemu wychodzeniu, znalazła „ Gazeta Polska" jednego odważnego rodaka, który ośmielił się zaprenumerować polskie pismo. Był nim urzędnik bukowińskiej Kasy oszczędności, śp. Karol Dołęga Witkowicki, i za ten śmiały krok - stracił posadę.
Przyniósł mianowicie egzemplarz gazety do biura i położył na biurku. Ujrzał to ówczesny dyrektor, Prusak z przekonania, a protestant z wyznania i w najwyższym gniewie, poskoczywszy ku Witkowickiemu, obrzucił go wysoce obelżywemi wyrazy za to, że ośmielił się mieć polskie pismo. Pan dyrektor użył przytym pod adresem urzędnika przezwiska POLNISCHER SCHWEIN .
W Polaku krew zakipiała. Chwycił ogromny kałamarz z atramentem i śmignął nim w policzek dyrektora, który się zachwiał i fatalnie obryzgany umknął. Witkowickiego, dzięki wstawiennictw u przyjaciół - spensyonowano .
Położenie polskiej ludności było prawdziwie rozpaczliwe. O nauce polskiego języka wszak nie było mowy, dzieci katolickie, polskie, uczyły się religii św. w języku niemieckim. Polacy nie posiadali zgoła żadnych praw narodowych i politycznych, żadnej też reprezentacyi w życiu publicznem . Sami oni z wyjątkiem przezacnych rodzin obywateli ormiańskich na prowincji i kilkudziesięciu osób , przeważnie z Galicyi osiadłych, lub urzędujących w Czerniowcach, sami oni: drobni urzędnicy, przemysłowcy i rękodzielnicy stali bezczynni, zupełnie obojętni, prawie wynarodowieni. Językiem ich rodzin był niemal bez wyjątku język niemiecki.
Dzielnica, którą ongi przyłączył do Polski król Kazimierz Wielki, kraina, jeżąca się ruinami polskich zamków (Cecyna, zamek Sobieskiego w Suczawie, okopy Panny Maryi i inne) pełna na każdym kroku wspomnień i ducha polskiej tradycyi, co po dziś dzień żyje w niektórych rodach niepolskich, ta obronna stanica południowa i targowica ożywionego niegdyś handlu Rzeczypospolitej ze Wschodem, - stała, oto, senna i - zapomniana. A stała tak w chwili, kiedy na ziemi wielkopolskiej wróg zażarcie począł rwać glebę z pod stóp polskich, i z własnej wyżeniać świetlicy tysiącletnich dziedziców.
Samo powstanie i istnienie pisma polskiego obudziło ruch narodowy. W szkołach , do których uczęszczają dzieci polskie, udzielaną bywa nauka języka polskiego ; są nawet w osadach polskich szkoły ludowe wyłącznie polskie. Dla nadzoru nauki polskiej kreowana jest posada osobnego inspektora, który objeżdża odnośne zakłady, udziela wskazówki i informuje władze wyższe o brakach (prof. dr. A. Halban ) . W stolicy i w kraju istnieją polskie organizacye oświatowe- pisał Klemens Kołakowski w 1903 roku.
Klemens Kołakowski, założyciel Gazety Polskiej oraz Towarzystwa gimnastycznego Sokół w Czerniowcach, pochodził z rodu szlacheckiego herbu Kościesza, który od setek lat służył interesowi Polski. Był człowiekiem wykształconym i utalentowanym, politykiem, urzędnikiem, dziennikarzem ale i poetą, realizował wspaniałe projekty rozwoju naszego narodu tworząc z rozmachem wielkie organizacje społeczne, które dały nam wolność , którą chcą nam zabrać.
Polska elita w czasie zaboru dbała o interes polskiego narodu i polskiej państwowości. Taki to wówczas charakter miała „Gazeta Polska”, jej założyciel i pierwszy redaktor.
Klemens Kołakowski był pradziadkiem Wojciecha Chrobaka, męża śp. Barbary Hamerskiej, córki profesora Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie, Edwarda Hamerskiego, zamordowanego wraz z polską elitą naukową we Lwowie, na Wzgórzach Wuleckich,
Listy straceń dla Niemców przygotowane zostały przez studentów ukraińskich, o czym pisze Dieter Schenk w książce Noc morderców. Kaźń polskich profesorów we Lwowie.
Podczas promocji książki w DSH, zaproszony przez pana Tomasza Kubę Kozłowskiego w 2011 roku, ten niemiecki kryminolog, historyk i literat opowiedział o odsłonięciu pomnika we Lwowie, poświęconego pamięci zamordowanych, o wypowiedzi prezydenta Wrocławia: „o morderstwie profesorów , którzy pisali w języku polskim”. W trakcie jego wypowiedzi rozległ się gwizd, zgadnijcie kto zagwizdał? Niemiec, Dieter Schenk , który na tę uroczystość został zaproszony, ale tłumaczka nie dopuściła go do głosu.
Niestety, żadna z opcji rządzących nie chce utożsamić się ze „środowiskiem”, które ma odwagę powiedzieć „stop ukrainizacji” ale utożsamia się ze „środowiskiem”, które w 2009 roku na Wzgórzach Wuleckich sprofanowało tablicę poświęconą straconym polskim profesorom, z polskich uczelni we Lwowie- ukraińskim napisem ŚMIERĆ POLAKOM oraz swastykami. One dzisiaj również pojawiają się na Ukrainie, jako symbol „samostijnej Ukrainy”.