Cud na Bemowie

Przez prawyfotel , 04/11/2012 [10:35]
W piątek, 3.11.2012 na warszawskim Bemowie, podczas podchodzenia do lądowania dwumiejscowy motoszybowiec PW-4 ściął latarnię i rozbił się o wał ziemny opodal płyty lotniska. Dwóch doświadczonych pilotów zostało rannych. W ciężkim stanie, ale przytomnych odwieziono ich karetkami do szpitala.
W piątek, 3.11.2012 na warszawskim Bemowie, podczas podchodzenia do lądowania dwumiejscowy motoszybowiec PW-4 ściął latarnię i rozbił się o wał ziemny opodal płyty lotniska. Dwóch doświadczonych pilotów zostało rannych. W ciężkim stanie, ale przytomnych odwieziono ich karetkami do szpitala. Tyle sucha reporterska relacja. I pewnie nie zwróciłbym na nią większej uwagi, gdyby nie mały szczegół:"motoszybowiec ściął latarnię".  I oto mały samolocik z "plastiku" o masie startowej 720kg z prędkością pochodzenia do lądowania kilkadziesiąt km/h (prędkość minimalna to 65 km/h) ścina stalową latarnię uliczną, uderza w ziemię a załoga przeżywa. Zaś 80-tonowy tupolew zbudowany w całości z metalu  z prędkością ponad 200 km/h zawadza końcówką skrzydła o miękką brzozę i rozpryskuje się w drobny mak grzebiąc 96 osób w miękkim gruncie. Jak to możliwe? Czyżby cud?